Protokoły z rozmów z osobami przybyłymi z Polski do Rzymu w 1939 i 1940 r.

Podczas porządkowania Archiwum Hospicjum i Kościoła p.w. św. Stanisława w Rzymie natrafiono na kilka jednostek archiwalnych pierwotnie wchodzących w skład archiwum Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej przy Stolicy Apostolskiej. Najcenniejszym z nich wydaje się maszynopis mówiący o sytuacji na ziemiach polskich pod okupacją niemiecką i sowiecką. Spisane relacje były zbierane przez ks. Waleriana Meysztowicza. Był on od 1932 r. radcą kanonicznym (prawnym) w Ambasadzie Rzeczypospolitej Polskiej przy Stolicy Apostolskiej. Wybuch wojny zastał go w Wilnie, gdzie był profesorem uniwersytetu. Stąd w grudniu 1939 r., po rozwiązaniu przez Litwinów Uniwersytetu Stefana Batorego, przez Kowno, Szwecję i Wielką Brytanię wrócił do Rzymu. Jedną z jego inicjatyw jako pracownika ambasady było gromadzenie relacji od osób, które zdołały wydostać się z okupowanej Polski i znalazły się w Wiecznym Mieście.

Znajdujący się w archiwum rzymskim tom zawiera 49 tekstów (nie zawsze relacji), w tym: listę aresztowanych profesorów UJ, 3 obszerne sprawozdania o sytuacji Kościoła na ziemiach włączonych do Rzeszy, 2 dotyczące Ziem Wschodnich (sporządzone na podstawie metodycznie zbieranych informacji), 43 notatki z rozmów z osobami składającymi relacje o sytuacji na ziemiach polskich pod niemiecką i sowiecką okupacją. Jest to wybór relacji i sprawozdań z rozmów przeprowadzonych przez ks. W. Maysztowicza pochodzących ze zbioru tychże gromadzonych od stycznia do marca 1940 r. Z informacji zamieszczonych na końcu tomu wiemy, że w styczniu 1940 r. ks. W. Meysztowicz odbył 28 rozmów oraz pozyskał kilka obszerniejszych sprawozdań (k. 210). Z wykazu przechowywanego w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie dowiadujemy się, że w lutym odbył 16 rozmów o podobnym charakterze (IPMS A. 44, 122/21, k. 318).

W większości przypadków tożsamość rozmówców rzymskiego tomu nie jest znana. Zachowały się inicjały uciekinierów, którzy złożyli relacje w styczniu 1940 r. (umieszczono je na końcu tomu). Nie wszystkie jednak relacje zebrane w tym miesiącu znalazły się w prezentowanym tomie. W umieszczonych tam świadectwach, zapewne ze względu na bezpieczeństwo, usunięto przy pomocy nożyczek i tak skromne oznaczenia rozmówców. W kilku przypadkach w późniejszym czasie ręcznie dopisano nazwiska relatorów. Inaczej jest w przypadku londyńskiego spisu rozmówców. Podano w nim tożsamość wszystkich osób, które złożyły zeznania w lutym 1940 r. Byli to: ks. Stanisław Kotowski, księżna Konstantowa Czetwertyńska, Aleksander Meysztowicz, ks. Roman Duda, Zofia Furys-Zyrkiewicz, Helena Lisowa, o. Adam Charloch, Zofia Kossak-Szczucka, ks. Andrzej Głażewski.

Praca wykonana przez ks. W. Meysztowicza posłużyła m.in. ks. prymasowi A. Hlondowi do sporządzania memoriałów i listów dotyczących sytuacji Kościoła w okupowanej Polsce przesyłanych na ręce Ojca Świętego oraz członków Kolegium Kardynalskiego.

Poniżej publikujemy dwa świadectwa złożone przez znane z nazwiska osoby, dotyczące sytuacji na Wileńszczyźnie okupowanej przez Litwinów. Pierwsza relacja pochodzi od Aleksandra Meysztowicza, ojca ks. Waleriana Meysztowicza, druga od pochodzącego z archidiecezji poznańskiej ks. Aleksego Wietrzychowskiego.

 

1.

Relacja Aleksandra Meysztowicza, 5 II 1940 r.

 

[k. 19]

Rzym, dnia 5 lutego 1940 r.

 

O wypadkach w Wilnie mamy następującą relację od pana A[leksandra] M[eysztowicza], który wyjechał z Kowna 1 grudnia 1939 roku.

 

Ludność nasza pamiętała okupację niemiecką w czasie wojny światowej, rozumiała potrzebę wojny i gotowa była na wszelkie ofiary. Dodajmy, że radio bolszewickie usposabiało ją wrogo do Niemców. Ludność nasza zniosła więc z rezygnacją rekwizycje, aczkolwiek płacono nie gotówką, ale z początku kwitami rekwizycyjnymi, a potem dopiero asygnatami. Wpłynęło to ujemnie na roboty polne, a gospodarze wiejscy twierdzili, że gdyby płacono im gotówką, to mogliby natychmiast nabyć, w zamian za zabrany inwentarz, inwentarz słabszy, ale możliwy do użycia.

Do szeregu powołano nie wszystkich rezerwistów. Niepowołani i ochotnicy, a pomiędzy nimi i polska młodzież z Kowieńszczyzny, zgłaszała się licznie, ale odmawiano im.

W pierwszych dniach wojny byliśmy przekonani w Wilnie, że jest ono przeznaczone na refugium dla ewakuowanych i rannych. Przekonanie to potwierdziła registracja wolnych mieszkań i pokojów. Przyjęto więc ze zdziwieniem wiadomość o powołaniu komisji w sprawie natychmiastowej rekwizycji bielizny, przeznaczonej na bandaże, bo zdawało się że bandaże powinny były być przygotowane. Niemiłe wrażenie zrobiło spisywanie aparatów radiowych w mieszkaniach prywatnych, których jednak nie zdołano odebrać.

Naloty aeroplanów niemieckich na Wilno trwały od 8 do 17 września. Wilnianie znieśli je spokojnie, wypełniając ściśle instrukcje. W pierwszych dniach nalotów twierdzono, że kilka naszych aeroplanów myśliwskich odparło ataki niemieckie, ale były to wieści niesprawdzone, [k. 20] a faktem jest, że po paru dniach broniło nas tylko kilka działek przeciwlotniczych. Pociski padały przeważnie w pobliżu szpitala kolejowego i na Antokolu.

Niemcy wileńscy zbierali się podobno w czasie nalotów na cmentarzu ewangelickim, w pobliżu którego nie spadł żaden pocisk. Działania aeroplanów niemieckich było dotkliwe na wsi, gdyż nie były niczym paraliżowane. W Wilnie byli zabici i ranni, ale straty były stosunkowo nieznaczne. Daleko więcej od Wilna ucierpiała Lida, zwłaszcza w przeddzień najścia wojsk bolszewickich. Rozeszła się też pogłoska o dwukrotnym nalocie na Berlin, 30 aeroplanów naszych i aeroplanów sojuszniczych, która dodawała otuchy.

W D.O.W. pracowało przeważnie przysposobienie wojskowe. W pierwszych dniach używano chłopców do posług kancelaryjnych i jako gońców, a potem stawiano ich na straży przy magazynach i prochowniach. Sprawiali się wzorowo. Do Wilna napływali pojedynczy wojskowi z rozbitych oddziałów, a potem zaczęły napływać zdekompletowane oddziały, n.p. z Grodna i Ossowca. Nie ujęto ich w karby i nie doprowadzono do porządku.

Dowódcą obozu warownego był [pod]pułkownik [Tadeusz] Podwysocki. Zastępca jego pułkownik [Aleksander] Aleksandrowicz odebrał sobie życie, a mówiono, że zniechęciły go doń jałowe poszukiwania w magazynach wojskowych.

W przeddzień wejścia bolszewików wilnianie dowiedzieli się o tym, co im grozi, patrząc na odjazd wielu urzędników autami ku granicy litewskiej.

Wojewoda zebrał przed odjazdem swoim przedstawicieli instytucji finansowych, polecając im możliwe zlikwidowanie zapasów gotówkowych i natychmiastowe wydanie 3 miesięcznego wynagrodzenia pracownikom samotnym i 5 miesięcznego pracownikom obarczonym rodzinami.

Wieczorem rozpowszechniono przez radio zmyśloną wiadomość o tym, że bolszewicy zawrócili z drogi z powodu niesna[k. 23]sek wewnętrznych i wojny z Japonią, a skutek tego był taki, że pozostało w Wilnie wielu wojskowych i cywilnych narażonych na niechybną zemstę bolszewików. Koło 12 tysięcy wojskowych wycofało się jednak w nocy w wielkim nieładzie ku granicy litewskiej. Wilno zostało zajęte przez bolszewików bez poważniejszej obrony, po krótkiej strzelaninie z gór, dokonanej jak się zdaje przez ochotników. Bolszewicy odpowiadali im z dział.

Gdyby wojskowi, którzy wycofali się do Kowieńszczyzny, i ci, co przybyli z Wilna, byli zorganizowani, mogliby oni być użyci do obrony miasta przy pomocy ludności gotowej do walki albo rzuceni na skrzydła wojsk bolszewickich, albo co najmniej wycofani do granicy litewskiej w zwartym szeregu.

Pierwsze oddziały bolszewickie, które weszły do Wilna, wyglądały nieźle, następne gorzej. Pierwsze weszły tanki, których zginęło dwa: jeden wpadł do Wilii przed Zielonym Mostem, a drugi natknął się na dom na zawrocie ul. Jagiellońskiej. Za tankami przybyła piechota na wozach autobusowych i szły kawaleryjskie oddziały.

Brak poważniejszej obrony Wilna oraz antyniemiecki nastrój żołnierzy bolszewickich i ich opowiadania, doprowadzały niekiedy do wniosków, że walka nasza z bolszewikami byłaby niezgodną z intencjami naszych sojuszników. Zorganizowały się jednak małe oddziały partyzanckie, które szarpały bolszewików w okolicy Wilna i wywoływały w nich nietajony niepokój.

Byli tacy w Wilnie, którym się zdawało, że system bolszewicki zmiękł i że bolszewicy w dobie obecnej są inni, aniżeli w r. 1918. Były to iluzje.

Bolszewicy weszli do Wilna 18 września, a szedł z nimi zamęt agrarny i podział dóbr, które pozostały w ręku ziemian po niezakończonej reformie rolnej. Czy podział ten zjednał i włościan? Mówią, że bolszewicy wprowadzili już w kilku miejscowościach kołchozy, które wpływają ujemnie na stosunek wło[k. 24]ścian do nich, a zrażają do nich poza tym samowładne i groźne rządy komisarzy.

Podziałowi dóbr towarzyszyły nieraz dzikie rozprawy z ziemianami, pozornie wzbraniane przez bolszewików, a dokonywane w wielu wypadkach nie przez ludność wojskową, ale przez przybyszów z dalszych okolic.

O losie ziemian krążyły niekiedy niesprawdzone wieści i trudno ustalić listę zamordowanych, ale niezachwianymi okazały się niestety wieści o zamordowaniu Henryka Skirmunta z Mołodowa i jego siostry Marii Skirmuntówny, Romana Skirmunta z Porzecza, który gorliwie pracował dla kraju, i jego szwagra Bolesława Skirmunta z Meysztowicz, pani Aleksandry Mikulskiej z Litwy, hr. Michała Krasińskiego z Wojar i państwa Wołczackich z Brzostowicy Małej. Zupełnie pewnym jest też zamordowanie kilku księży z archidiecezji wileńskiej, a mianowicie: ks. Bolesława Kornia, ks. Jana Kryńskiego, ks. Bronisława Fedorowicza i ks. [Antoniego] Twarowskiego wraz z towarzyszącym klerykiem z Potulickiego seminarium.

Ziemianie, którzy nie zdołali ukryć się albo opuścić siedzib swoich, zostali uwięzieni przez bolszewików. Ziemianki i dzieci zostały przeważnie ulokowane w ciasnych izbach i zapędzone do robót polnych.

Bolszewicy po wejściu do Wilna wzięli w swoje ręce aprowizację i mieliśmy natychmiast po ich przybyciu tłumne ogonki przed sklepami spożywczymi, które są cechą bolszewickich rządów. Kazano oddać broń, powstrzymano grabieże. Od 20 do 6 nie wolno było wychodzić z mieszkań. Ogłoszono, że złoty polski równa się rublowi.

Po paru dniach ukonstytuowały się władze cywilne i przybyli przedstawiciele GPU. Głównym komisarzem został Zynlin, komisarzem od finansów Akcjonow, od oświaty Klimow i rozpoczęły się represje.

Szukano złota w bankach rządowych. Dyrektora B[anku] G[ospodarstwa] K[rajowego] pana [k. 25] [Ludwika Władysława] Szwykowskiego postawiono pod ścianą i grożono mu rozstrzelaniem, ale zwolniono go potem. Dyrektora Banku Rolnego, pana [Ludwika] Maculewicza, uwięziono, zwolniono i uwięziono ponownie. Najgorszym był los p. Oskwarko Sierosławskiego, znanego Dyrektora Banku Polskiego, który był prezesem Akcji Katolickiej. Uwięziony rzucił się po paru dniach z drugiego piętra i zmarł po kilku godzinach, pojednawszy się z Bogiem.

Jednymi z pierwszych uwięzieni zostali: p. Zygmunt Ruszczyc i dwaj bracia Objezierscy, z których jeden [Mieczysław] był prezesem wileńskiej prokuratury generalnej, a drugi [Michał], wiceprezes związku oficerów rezerwy, prowadził wzorowo kooperatywę rybną, konkurując z handlem żydowskim.

Zaraz po nich uwięziono p. Mieczysława Rączkę, administratora dóbr, przeszłych na własność wileńskiego Banku Ziemskiego, którego sublokatorem był S. R. Oskawerk Sierosławski. P. Rączkę trzymano w więzieniu 3 tygodnie, zapytując co tydzień, w czym zawinił, i pogarszając co tydzień warunki więzienia. Wyglądał jak cień, kiedy wypuszczono go wreszcie.

Po zrewidowaniu aktów sądowych uwięziono przede wszystkim adwokatów, którzy bronili oskarżonych o bolszewję, a więc pana [Jana] Pietraszewicza, panią [Halinę] Zasztowt-Sukiennicką i pana [Stanisława] Bagińskiego. Pierwszego z nich na krótko; zarzucano im podobno, że brali rzekomo za wysokie honorarium od oskarżonych. Przyszła po nich kolej na cały szereg sędziów, prokuratorów i adwokatów, a pomiędzy nimi na mecenasa [Macieja] Jamonta, którego uwięziono w ostatnim dniu pobytu bolszewików w Wilnie.

Z lekarzy uwięziono kolejno panów Kjaksztę, profesora [Czesława] Czarnowskiego, [Michała] Małofiejewa, [Jana] Janowicza, którego zwolniono potem, b. rektora [Władysława] Jakowickiego i wielu innych. Z przedstawicieli b. administracji, pomiędzy innymi, panów wicewojewodę [Józefa] Rakowskiego, prezesa kolei Głaska, prezesa [Izby] Kontroli [Zenona] Mikulskiego i kuratora [Mariana] Godeckiego. [k. 26] Do Wilna doszły poza tym zupełnie pewne wieści o uwięzieniu na prowincji b. wicewojewody śląskiego [Leona] Malhomme’a i b. prezesa sądu okręgowego w Łucku [Tadeusza] Gedroycia, którzy posiadali nieruchomości ziemskie: pierwszy w okolicy Mołodeczny, a drugi pod Słonimem. Z Litwinów uwięziony został p. Staszyc, zwolniony z Białegostoku po oddaniu Wilna władzom litewskim. Aresztu dokonywano w nocy po rewizji w mieszkaniach, przy których odbierano im wtedy wszystkie znalezione pieniądze, niekiedy nadwyżkę ponad 1000 złotych, a niekiedy nie odbierano nic wcale.

Wielkie wrażenie w mieście zrobiło uwięzienie dwóch braci Marszałka Piłsudskiego: pp. Jana Piłsudskiego, b. ministra skarbu i brata Jego Kazimierza, których wywieziono na Łubiankę do Moskwy. Poszukiwano też i znanych b. ministrów, ale nie zdołano ich ująć.

Cytuję nazwiska, które doszły do mnie. Wiem, że było wielu innych i że uwięziono wielu robotników i kolejarzy. „Kurier Wileński” podawał listy uwięzionych, ale była ona niepełna, i numer tego pisma z 11 stycznia r.b. podaje wiadomości o tym, że zgłoszono do władz litewskich nie mniej niż 500 podań o wyjednanie zwolnienia przez bolszewików osób cywilnych.

Co do wojskowych, to zarządzono ich rejestrację i wywieziono ich w głąb Rosji, skąd odwieziono potem wielu żołnierzy, zatrzymując oficerów. Byli i tacy, co salwowali się ucieczką i wracali do Wilna, korzystając z przejazdów kolejowych bezpłatnych w Bolszewii według recepty komunistycznej.

W Wilnie odbyło się kilka wieców, na które kazano się stawiać kierownikom i pracownikom zwoływanych instytucji. Na wiecach tych zapadały decyzje bez głosowania.

Spisywano ludność dla wybierania delegatów do zgromadzenia, które miało się wypowiedzieć za anektowaniem [k. 27] naszego kraju przez Bolszewię. Miało się ono odbyć w Wilnie, ale po naradzie z Litwą odbyło się w Białymstoku i ludność Wilna zwolnioną została od wyborów.

Bolszewicy, przygotowując się do odjazdu, przystąpili do ograbienia Wilna. Wywieźli do Bolszewii cały inwentarz zasobnego przedsiębiorstw „Elctrit”, cały inwentarz fabryki „Dychta” i wiele cennych maszyn fabryki tytoniu i innych przedsiębiorstw przemysłowych. Ogołocili składy żywnościowe. Zabrali tylko aparat Röntgena z ubezpieczalni, a ze szpitali i klinik nie tylko cenniejsze aparaty medyczne, ale kołdry, bieliznę i łóżka nawet. Wywieźli nie tylko akty sądowe i administracyjne, ale nawet meble z urzędów państwowych. Wywieźli archiwum akt dawnych i dawne akty masońskie z biblioteki Wróblewskich. Ograbili kilka składów kupieckich. W ostatnich dniach swojego pobytu w Wilnie robili nareszcie „safes” w wileńskim prywatnym Banku Handlowym, zabierając ich zawartość, zabrali cenniejsze zastawione w lombardzie miejskim i zabrali co do grosza pieniądze i papiery wartościowe z banków rządowych i prywatnych. Do tego aktu przygotowywali się oni zdawna, bo zaraz po wkroczeniu swoim do Wilna przystawili komisarzy swoich do banków z rozkazem, by zawiesili wypłaty i egzekwowali należności, co zwiększyło znacznie gotówkowe zapasy banków. A kiedy tłomaczono im, że egzekucja należności jest bardzo trudno wobec zamętu w kraju, odpowiadali, że zażądają spisu dłużników i że ich sami do wpłat przynaglą.

Wiemy z ust wiarygodnych, że bolszewicy w Pińsku strzelali z dział do kościoła jezuickiego, że pociski robiły w nim szczerby, ale że kościół się ostał. Opowiadano także, że w czasie tego bombardowania wiele osób widziało postać zakonnika nad kościołem i że zakonnikiem tym był św. Andrzej Bobola. Trzeba jednak powiedzieć, że bolszewicy w Wilnie nie tknęli ani kościołów, ani arcybiskupa, ani duchowieństwa, prawdopodobnie dlatego, by nie wywołać oburzenia i oporu ludności [k. 28] naszej. Zrozumieli oni także, że Wilno jest polskie i nie ograniczali praw języka polskiego ani w urzędach, ani w szkołach.

Kiedy Litwini objęli miasto, sytuacja zmieniła się bardzo. Ustały areszty i grabieże, aprowizacja miasta polepsza się z wolna, ale rozpoczęła się bezwzględna litwinizacja i zarysowuje się coraz wyraźniej wrogi stosunek do arcybiskupa i do duchowieństwa polskiego.

Litwini weszli do Wilna 28 października, a nazajutrz odbyła się ceremonia objęcia przez nich miasta, ze strzałami wiwatowymi z Góry Zamkowej i okolicznościowymi przemowami. Z Polaków przemawiał mecenas [Bolesław] Szyszkowski, od grona Polaków, a nie od ludności polskiej, jak to potem ogłosił w „Gazecie Codziennej”.

Na czele wojska przybył generał [Wincenty] Witkowski, na czele administracji stanął obecny premier [Antanas] Merkys, zastąpiony potem przez pana [Kazimierasa] Bizauskisa, a zastępcą jego został pan [Antanas] Trimakas, b. konsul litewski w Wilnie. Po wejściu Litwinów do Wilna mieliśmy jeszcze bardzo długie ogonki przed składami żywnościowymi, co trwało dopóty, dopóki nie uporządkowano nareszcie kwestii walutowej.

W drugim dniu przybycia Litwinów do Wilna były zakusy ustalenia równi w stosunku 6 zł za lita i sprzedaż biletów kolejowych odbywała się w tej równi. Kiedy jednak chciano stosować ją przy sprzedaży artykułów żywnościowych, rozpoczęły się demonstracje ludności, po których ustanowiono zamianę złotego na lity według równi 2 zł za lita, ale tylko na sumę 100 złotych dla obarczonych i 50 złotych dla nieobarczonych rodzinami i pod warunkiem przedstawienia legitymacji. Spekulanci zarobili na tej zamianie. Płacili oni 5 litów za wypożyczenie legitymacji, zamieniali 50 złotych na 25 litów, a pozostałe im 20 litów sprzedawali nieraz apo 10 i 12 zł za lita [k. 29] przy zamianie wystarczały na bardzo niedługo. Za żywność, a także za lekarstwa w aptekach trzeba było płacić wyłącznie litami, a za inne obiekty – według umowy ze sprzedawcami. Tylko znaczki pocztowe sprzedawane za złote, licząc je al. Pari, na czym zarabiali także przeważnie spekulanci. Dopiero w pierwszych dniach grudnia zaregestrowano złote, płacąc za zarejestrowanie 50 litów za 100 złotych do sumy 300 złotych i 40 litów za 100 złotych za sumę ponad 300 złotych. Jednocześnie z wejściem litewskim do Wilna rozpowszechniano parę ulotek w języku polskim, redagowanych przez p. [Stanisława] Randomańskiego. 2 listopada zaczął wychodzić „Kurier Wileński” wydawany przez b. ministra [Witolda] Staniewicza, a 28 listopada dziennik pod tyt. „Gazeta Codzienna”, redagowany przez p. Józefa Mackiewicza. Na tych koncesjach skończyła się jednak ustępliwość litewska w stosunku do języka polskiego.

Zaczęto od zamknięcia całego szeregu instytucji polskich. Zwinięto więc filię banków warszawskich, Izbę Przemysłowo-Handlową, polską kooperatywę „Społem” i Towarzystwo Lniarskie, a fabryka wyrobów lnianych w Wilejce i wiele innych przedsiębiorstw przeszły w ręce litewskie.

Zaprojektowano i dokonano już dzisiaj zmiany nazw ulic naszych. Nie ma już ulicy Mickiewicza, ale są ulice poetów litewskich o bardzo wątpliwym gatunku. Napisy litewskie zastąpiły napisy polskie na rogach ulic, w autobusach i nad wielu sklepami.

Wprowadzono język litewski w sądownictwie i w urzędach, które nie przyjmują spraw i podań w języku polskim. Wprowadzono wykładowy język litewski w szkołach powszechnych i w gimnazjach (za wyjątkiem 2 gimnazjów prywatnych), a od dnia 15 grudnia zamierzano zamknąć i zamknięto istotnie Uniwersytet Batorego z jego fakultetem teologicznym, przeprowadzając z Kowna do Wilna fakultet humanistyczny uniwersytetu kowieńskiego z wykładami w języku litewskim.

[k. 30]

Władze litewskie objęły zarząd lasów prywatnych, a od wiosny zamierzają przeprowadzić na Wileńszczyźnie reformę agrarną na podstawach idących daleko dalej od podstaw reformy przeprowadzonej na Kowieńszczyźnie.

Gazety litewskie zamieszczają nareszcie artykuły skierowane przeciwko duchowieństwu polskiemu w Wilnie, a zwłaszcza przeciwko ks. arcybiskupowi [Romualdowi] Jałbrzykowskiemu, który zna język litewski, który był zawsze bezstronnym i który cieszy się dobrze zasłużonym uznaniem jako człowiek silnego ducha, czego dał dowód, bo w ciężkiej chorobie swojej potrafił pracować, jakby był zdrów i młody.

Litwini poczynają więc tak w Wilnie, jak gdyby objęli je nie ma mocy czasowej okupacji, ale na mocy stałej aneksji legalnej i zalegalizowanej. Są oni niepoprawni w nacjonalizmie swoim, a najniepoprawniejszą jest wychowana w nienawiści do nas młodzież, która dziś starszych przerasta. Zniechęca to do Litwinów nawet te grupy Polaków, które liczyły na to, że zajęcie Wilna przez Litwinów będzie asumptem do ugody pomiędzy Polską a Litwą.

Nędza jest coraz większa. Spowodowały ją: deprecjacja złotego; zbiegowisko uciekinierów bez wszelkich środków do życia i odebranie zarobków wielu Polakom, zastąpionym przez Litwinów.

Na zakończenie kilka słów jeszcze o sytuacji naszych wojskowych, z których koło 12 000 zostało internowanych w obozach koncentracyjnych na Litwie. Żywią ich nieźle. Jest natomiast obawa, że może im być zimno przy mrozach. – Do obozów zjechali bolszewicy, proponując powrót do kraju tym, którzy pochodzą z obecnej okupacji bolszewickiej. Koło 600 internowanych zgodziło się na to, prawdopodobnie z tęsknoty do rodzin. Wielu z nich cofnęło się potem, ale cofnięcie to nie zostało uwzględnio[k. 31]ne. Mówiono, że nastąpi wkrótce propozycja o powrocie do okupacji niemieckiej, pochodzącym z tej okupacji. Płk. Jerzy Dąbrowski i [mjr Stanisław] Bobiatyński ulokowani zostali na fortach i grozi im śmierć niechybna, jeżeli bolszewicy zażądają ich wydania. Na fortach lokują także tych, którzy zostali zatrzymani przez władze litewskie po ucieczce z obozów koncentracyjnych.

Spora ilość wojskowych chroni się w Wilnie. Wojskowi ci i młodzież dąży żywiołowo do armii polskiej we Francji. Był czas, kiedy przejazdy do Francji były łatwe i kiedy znajdowały się środki na nie, z czego wielu zdołało skorzystać. Ale środki te wyczerpały się potem, a wystawienie tak francuskiej, jak i szwedzkiej wizy stało się coraz trudniejsze i nie mogli odjechać nawet ci, co mieli zasoby na opłacenie podróży. Sojusznicy nasi ułatwiali wyjazdy lotnikom i innym specjalistom, ale pod warunkiem, ze odbędą służbę nie w armii polskiej, ale w armiach sojuszniczych i rozeszła się pogłoska, że wyjazd naszych wojskowych do armii polskiej we Francji nie jest w widokach rządu naszego. Dzisiaj po zatrzymaniu przez Niemców statku Estonia i innych statków na Morzu Bałtyckim przejazdy mogą dokonywać się tylko aeroplanami i są coraz trudniejsze, droższe, a sytuacja naszych wojskowych i młodzieży naszej staje się coraz groźniejszą.

Bolszewicy w okupacji swojej spisali mieszkańców płci męskiej wiekiem od 16 do 55 lat i aresztują od czasu do czasu pewien o/o spisanych. Jest obawa, że wcielą oni tych aresztowanych do armii bolszewickiej. Wielu spisanych uciekło do Wilna, a wojskowi zatrzymani w obozach koncentracyjnych dzielą ich obawy, myśląc o losach własnych. Są dwie możliwości analizowane w sferach polskich w Kownie. Obawiają się z jednej strony wywołania przez bolszewików zamętu skierowanego na zmianie obecnych litewskich rządów na rządy bolszewickie i mówią z drugiej strony o możliwości starć wewnętrznych w wojsku [k. 32] bolszewickim i o konsekwencjach, które by było można i które trzeba by było z tego wyciągnąć.

 

2.

Relacja ks. Aleksego Wietrzykowskiego, 8 II 1940 r.

 

[k. 54]

Rzym, dnia 8 lutego 1940 r.

 

Notatka z rozmowy z x. aWietrzykowski[m]a, który wyjechał z Wilna 2, a z Kowna 19 stycznia.

 

1) Ks. arcybiskup [Romuald] Jałbrzykowski mocno stoi przy Rzeczypospolitej. Litwini chcieli zabrać katedrę na litewskie nabożeństwa wojskowe – odmówił. Chcieli, by kuria urzędowała po litewsku – odmówił, podkreślając, że okupanci nie mają prawa zmieniać języka urzędowego. Chcieli przewieść do Wilna Wydział Teologiczny z Kowna, odmówił profesorom tak zw. misji, czyli prawa wykładów i do przeniesienia wydziału nie dopuścił. 1)

Biskup [Kazimierz] Michalkiewicz chory w Wilnie.

Biskup [Stanisław] Łukomski 9 grudnia święcił kleryków, rezyduje w jednym z miasteczek swej diecezji po stronie bolszewickiej.

2) W wileńskiej archidiecezji dziekani, którzy pozostali pod bolszewikami, mają najszerszą jurysdykcję wikariuszów generalnych.

W Wilnie i na okupowanym przez Litwinów terytorium jest silne zagęszczenie księży i brak środków do ich utrzymania. Wpływają na to schronienie się niektórych księży z Bolszewii, innych z innych okupacji oraz odebranie posad prefektom.

Litwini księży nie aresztowali, prócz jednego wypadku, gdy aresztowano proboszcza [ks. Antoniego Mańturzyka z] Podbrodzia w związku z krwawą bójką i strzelaniną w kościele.

3) Seminarium jest bez środków, kleryków jest około 150, własnych wileńskich więcej niż 100, wielu przyjęto hospitantów z innych diecezji. Wykładają profesorowie Wydziału Teologicznego USB. Klerycy byli oskarżeni o kolportowanie jakiejś polskiej ulotki, co tymczasem pozostało bez skutku.

Niektórzy młodsi księża mają tendencje oportunistyczne. Przejawia się to niekiedy wśród tych, którzy mieli krańcowo negatywny stosunek do polskiej rzeczywistości. (ks. B. C.). W ogóle kler stoi mocno za biskupem.

4) Litwini dostali na swe nabożeństwa dla wojska i urzędników [k. 55] kościół św. Ignacego, garnizonowy. Przy objęciu robili przykrości rektorowi ks. [Michałowi] Sopoćce, wyrzucili zakrystiana i organistę.

5) Zakony pozostały, Litwini są dla nich względni.

6) Kuria urzęduje po polsku, archiwum kapitulne nietknięte.

7) W szkołach zaprowadzili kontrolę, litewski język jest obowiązkowy; w większości szkół jest językiem wykładowym.

8) Z Bolszewii dochodzą wiadomości, że księży wyrzucono z plebanii, osadzając na ich miejsce agentów Gestapo. Zachowali jednak księża swobodę działania wewnątrz murów kościelnych. Nie mają żadnej poza gmachem kościoła, nawet chorych trzeba przywozić do świątyni, bo księdzu nie wolno ich odwiedzać.